Czy hakerzy naprawdę mogą pokonać Amerykę? Ostrzeżenie z Estonii

4

Bruce Willis powraca jako John McClane w filmie Bad Boys for Real, ale tym razem stawką nie jest tylko wysadzanie budynków w powietrze. Złoczyńca nie używa C4. Korzysta z Internetu. Jego cel? Paraliż infrastruktury USA. McClane musi udaremnić spisek cyberterrorystów i uratować córkę, gdy wokół niego upadają systemy cyfrowe.

To hollywoodzki hit. Jednak dla każdego, kto utrzymuje swoje konto bankowe w Internecie, pojawia się niepokojące pytanie: czy skoordynowany cyberatak może spowodować rzeczywiste szkody gospodarcze lub fizyczne w Stanach Zjednoczonych?

Odpowiedź wydaje się brzmieć: tak. Cyberbezpieczeństwo nie jest już tylko kwestią działu IT. Media i urzędnicy rządowi uznają je obecnie, obok terroryzmu, rozprzestrzeniania broni jądrowej i zmian klimatycznych, za jedno z głównych zagrożeń dla stabilności kraju. Dlaczego? Ponieważ wszystko jest ze sobą powiązane. Sieci komercyjne, rządowe bazy danych, konta prywatne. Wszystkie są połączone. A połączenie to wrażliwość.

Krajobraz zagrożeń uległ zmianie. Hakerzy nie są już sami w piwnicach. Są zorganizowani. Działają w sieciach. Czarny rynek kwitnie w Internecie, handlując skradzionymi danymi i nielegalnym oprogramowaniem. „Karterzy” sprzedają hurtowo informacje o kartach kredytowych. Ataki phishingowe stają się coraz bardziej wyrafinowane. Złośliwe oprogramowanie – wirusy, trojany, robaki – to większa branża niż cały sektor bezpieczeństwa komputerowego razem wzięty. Ci aktorzy mają charakter globalny. Wiele z nich działa w krajach takich jak Rumunia, gdzie szybki internet łączy się z niedbałym egzekwowaniem prawa.

To nie jest tylko kradzież. To jest kwestia władzy.

Z ostatnich raportów brytyjskiego rządu wynika, że ​​zagraniczne agencje wywiadowcze – potencjalnie z Chin, Korei Północnej i byłych państw radzieckich – włamują się do systemów Wielkiej Brytanii. Motyw? Szpiegostwo gospodarcze. Celem jest zakłócenie gospodarki konkurentów poprzez kradzież tajemnic handlowych i danych przemysłowych, a następnie przekazanie tych informacji rządowi lub zaprzyjaźnionym firmom. Taktyka obejmuje atakowanie kluczowych pracowników za pomocą e-maili zawierających wirusy, zainfekowanych dysków USB lub zainfekowanych płyt CD.

Rządy się budzą. UE, G8 i inne organy utworzyły grupy zadaniowe do zwalczania cyberprzestępczości. FBI obsługuje InfraGard i dzieli się informacjami wywiadowczymi z lokalnymi organami ścigania. Wielka Brytania jest świadoma niebezpieczeństwa. A co z USA?

Aby zrozumieć skalę zagrożenia, spójrzcie na Estonię.

Cyberatak na Estonię

W 2007 r. Estonia stanęła w obliczu jednego z pierwszych w historii poważnych cyberataków rządowych. To nie była fizyczna inwazja. To było cyfrowe oblężenie.

Iskry, które wywołały pierwszy poważny konflikt cybernetyczny, nie pochodziły od tajemniczego aktora państwowego znajdującego się w ciemnym pokoju. Wyszli spod pomnika.

27 kwietnia 2007 r. rząd estoński podjął pragmatyczną, ale wybuchową decyzję. Przeniesiono Brązowego Żołnierza, pomnik z czasów II wojny światowej z czasów sowieckich, z ruchliwego placu w centrum Tallina na cmentarz wojskowy na obrzeżach miasta. Posunięcie to miało na celu złagodzenie napięć w kraju, w którym około jedna ósma populacji mówi po rosyjsku. Jednak ruch ten wywołał eksplozję innego rodzaju.

Na ulicach wybuchły protesty. Ale co ważniejsze, eksplodowały w Internecie.

Anatomia ataku DDoS

W ciągu kilku tygodni infrastruktura cyfrowa Estonii była przedmiotem ciągłych ataków. Główną bronią były ataki typu rozproszona odmowa usługi (DDoS).

Hakerzy nie potrzebowali skomplikowanych backdoorów ani wyrafinowanych exploitów. Jedyne, czego potrzebowali, to głośność. Korzystając z setek, a czasem tysięcy zainfekowanych komputerów „zombie” – maszyn zainfekowanych złośliwym oprogramowaniem i zdalnie sterowanych – bombardowali estońskie strony internetowe tysiącami żądań na sekundę.

W rezultacie powstał cyfrowy korek w całym kraju. Uprawnieni użytkownicy nie mogli uzyskać dostępu do zasobów. Portale rządowe, serwisy bankowe i zasoby informacyjne stały się niedostępne lub działały boleśnie wolno. Ataki były nie tylko irytujące; działały destabilizująco.

Kto naprawdę stał za cyberwojną?

Zaraz po słowie rozpoczęła się gra w przekazywanie pieniędzy. Rząd rosyjski ostro protestował i groził odwetem. Wielu zachodnich dziennikarzy, spragnionych nowej narracji, uznało to za początek „cyberwojny”, sugerując bezpośredni udział Kremla.

Rzeczywistość okazała się bardziej zagmatwana. Wywiad wskazał następnie, że państwo rosyjskie bezpośrednio nie organizowało ani nie przeprowadzało ataków. Zamiast tego gniew był podsycany przez połączenie nastrojów nacjonalistycznych i oportunistycznego hakowania. Oburzeni obywatele rosyjscy, podsycani retoryką rządu i prawdziwym gniewem w związku z usunięciem pomnika, zainicjowali własne ataki.

Rząd estoński określił to doświadczenie jako podobne do ataku terrorystycznego. Ta różnica miała znaczenie. Atak terrorystyczny ma charakter osobisty, chaotyczny i psychologiczny. Wojna sponsorowana przez państwo ma charakter strategiczny i skoordynowany. Wydarzenia 2007 roku znalazły się gdzieś w szarej strefie, udowadniając, że podmioty niepaństwowe mogą mieć znaczną siłę destabilizującą.

Cena destabilizacji

Skala estońskich ataków była niewielka w porównaniu z dzisiejszymi mega-incydentami DDoS, które mogą generować terabity ruchu. Ale ich wpływ był głęboki.

Estonia nie straciła danych. Jego infrastruktura krytyczna nie została zniszczona. Jednak koszt był wysoki pod względem czasu i zasobów. Rząd musiał przekierować znaczne zasoby ludzkie, aby odeprzeć ataki, przywrócić swoją reputację i uspokoić zachwianą gospodarkę. To obnażyło surową prawdę: współczesne społeczeństwa są kruche, gdy ich usługi są digitalizowane.

To nie pierwszy raz, kiedy napięcia polityczne przeniosły się do cyberprzestrzeni. Hakerzy z Indii i Pakistanu od dawna prowadzą kampanie wzajemnych ataków DDoS i epidemii wirusów. Grupy izraelskie i palestyńskie od lat niszczą swoje strony internetowe.

Ale przypadek estoński był wyjątkowy. To nie była krótka potyczka. Było to wielowiekowe oblężenie, które pochłonęło uwagę całego rządu i przyciągnęło uwagę międzynarodową. Pokazał światu, że rój wściekłych klawiatur może rzucić na kolana mały, dobrze połączony kraj.

Jak poradziłyby sobie Stany Zjednoczone?

Estonia, jeden z najbardziej podłączonych do sieci krajów na świecie, zdołała przetrwać burzę. Wystąpiły napięcia gospodarcze. Nastąpiła dezorganizacja rządu. Ale nie było długotrwałego załamania.

Kluczowym pytaniem zarówno wówczas, jak i obecnie jest to, jak Stany Zjednoczone poradziłyby sobie w podobnym scenariuszu. Stany Zjednoczone są znacznie bardziej złożone, posiadają głębokie wzajemne połączenia i są w dużym stopniu zależne od infrastruktury sektora prywatnego w zakresie świadczenia kluczowych usług, takich jak energia, finanse i opieka zdrowotna.

Jeżeli ukierunkowany rozproszony atak typu „odmowa usługi” (DDoS) uderzy w amerykańskie banki, sieci energetyczne lub

Wiosną 2007 roku w Waszyngtonie odbył się nieprzyjemny proces. Podczas przesłuchania w dniu 19 kwietnia Podkomisja Kongresu ds. Pojawiających się Zagrożeń, Cyberbezpieczeństwa, Nauki i Technologii dowiedziała się, że w 2006 r. zhakowano systemy w Departamentach Handlu i Spraw Zagranicznych USA. Jednak na tym szkody się nie skończyły. Scottowi Sharbaughowi, dyrektorowi ds. informacji w Departamencie Bezpieczeństwa Wewnętrznego (DHS), grozi zwolnienie. Jego kadencję zniweczyły 844 incydenty związane z bezpieczeństwem odnotowane tylko w latach 2005 i 2006.

Nie były to drobne usterki. To były awarie systemu. Zaszyfrowane wiadomości e-mail były kierowane przez niezabezpieczone sieci. Laptopy osobiste zostały podłączone do infrastruktury rządowej. Nieprzetestowane oprogramowanie zostało zainstalowane bez nadzoru. Zaszyfrowane dane wyciekły. Wirusy się rozprzestrzeniały. Zapory sieciowe pozostały otwarte. W tym samym roku DHS otrzymało ocenę „D” w swoim rocznym raporcie dotyczącym bezpieczeństwa komputerowego. Stanowi to poprawę w stosunku do ocen niedostatecznych z lat 2003–2006, ale ocena „D” nadal jest oceną niedostateczną. Cały rząd federalny otrzymał ocenę „C-”, w porównaniu z oceną „D+” rok wcześniej. Powiększyła się przepaść między obietnicami a wynikami.

Reakcja była natychmiastowa. DHS utworzyło nowe stanowisko: Zastępca Sekretarza ds. Cyberbezpieczeństwa i Telekomunikacji, które objął Greg Garcia. Było to przyznanie, że stara struktura nie działała. Wcześniej, w lutym 2006 r., rząd USA próbował symulować najgorszy scenariusz. Nawiązali współpracę ze 115 organizacjami z pięciu krajów, aby przeprowadzić operację Cyber ​​Storm**. To nie było ćwiczenie na stole. Była to symulacja na dużą skalę, w której uczestniczyły duże korporacje, agencje rządowe i organizacje zajmujące się bezpieczeństwem.

Celem było sprawdzenie, co by się stało, gdyby zaatakowane zostały krytyczne witryny rządowe, biznesowe i prywatne. Wyniki były chaotyczne. Oszukańcze ataki spowodowały przerwy w dostawie prądu w dziesięciu stanach. Oprogramowanie komercyjne zostało zainfekowane wirusami. Sieci bankowości internetowej nie działają. Ćwiczenie sprawdziło także zdolność rządu do radzenia sobie z dezinformacją, która nieuchronnie byłaby rozpowszechniana przez złe podmioty. Był to test warunków skrajnych, który ujawnił znaczne słabości infrastruktury cyfrowej kraju pod presją. Cyber ​​Storm II zaplanowano na rok 2008, co było wyraźnym sygnałem, że pierwsza runda odsłoniła zbyt wiele pęknięć.

Podczas gdy biurokracja krzątała się, wojsko było już na linii frontu. W bazie sił powietrznych Barksdale w Luizjanie 25 000 pracowników pracowało nad walką elektroniczną, bezpieczeństwem sieci i ochroną krajowej infrastruktury internetowej. Nie czekali na pozwolenie, żeby martwić się o przyszłość. Zbudowali to. Jeśli Stany Zjednoczone kiedykolwiek staną w obliczu poważnego cyberataku, grupy te, wraz z agencjami wywiadowczymi i Departamentem Obrony, jako pierwsze zareagują.

Centralnym elementem tej obrony jest US-CERT (Dowództwo Gotowości Komputerowej Stanów Zjednoczonych). Utworzona w 2003 roku, jej zadania są specyficzne: ochrona infrastruktury internetowej i odpieranie cyberataków. Służy jako centralny punkt, oczy i uszy rządowych wysiłków w zakresie cyberobrony. Architektura została stworzona. Gracze zostali zidentyfikowani. Pozostaje pytanie, czy mury będą wystarczająco wysokie, zanim nadejdzie kolejna burza.

Stany Zjednoczone w dalszym ciągu wykazują poważne słabe punkty w swojej infrastrukturze cyfrowej, pomimo ciągłych wysiłków mających na celu wyeliminowanie tych luk. Ale czy ta kruchość prowadzi do chaosu w stylu Die Hard? Nie bardzo. Nie ma żadnych danych, aby ktokolwiek zginął w wyniku cyberataku. Nikt nie zginął, gdy sieci w Estonii zostały poddane masowemu atakowi, i nikt nigdy nie zginął z powodu naruszenia bezpieczeństwa komputera.

Grupy terrorystyczne mówią o przeprowadzaniu ataków w Internecie, ale prawdziwym zagrożeniem nie jest zniszczenie ideologiczne. To są pieniądze. Gangi przestępcze wyłudzają pieniądze od firm. Źli hakerzy chcą się ujawnić. To jest prawdziwy krajobraz.

Dlaczego cyberataki nie prowadzą do masowych ofiar

Lepsze protokoły bezpieczeństwa, nadmiarowe systemy, oprogramowanie monitorujące i nadzór człowieka sprawiają, że cyberataki praktycznie uniemożliwiają spowodowanie szkód fizycznych na dużą skalę. Albo nawet izolowane ofiary. Szczególnie chronione są systemy wojskowe. 11-letnie dziecko z Pekinu nie wystrzeliło międzykontynentalnych rakiet balistycznych. Broń nuklearna, podobnie jak wiele innych systemów krytycznych lub tajnych, w ogóle nie jest połączona z Internetem.

Estonia udowodniła, że ​​szkody gospodarcze są realne. Jeśli hakerzy odetną zasilanie lub zinfiltrują duży bank lub giełdę, ból będzie natychmiastowy. Jednak w wielu przypadkach hakerowi znacznie łatwiej jest uzyskać dostęp do systemu lub sieci, niż spowodować w nim jakiekolwiek rzeczywiste szkody. Ponadto dostępność dobrze wyszkolonego personelu i zastrzeżonych systemów w zakładach użyteczności publicznej i innych systemach o znaczeniu krytycznym oznacza, że ​​wszelkie problemy można szybko rozwiązać.

Głównymi zagrożeniami dla cyberbezpieczeństwa w dalszym ciągu są robaki, wirusy, konie trojańskie i wykorzystywanie luk w zabezpieczeniach, które co roku w dalszym ciągu powodują wielomiliardowe straty dla sektora prywatnego.

Czy kiedykolwiek ktoś zhakował Stany Zjednoczone?

Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie, ponieważ na przestrzeni lat Stany Zjednoczone były celem różnego rodzaju ataków hakerskich. Do najbardziej godnych uwagi ataków zalicza się włamanie do Biura Zarządzania Personelem w 2015 r., w wyniku którego skradziono ponad 21 milionów danych osobowych, oraz włamanie do Sony Pictures w 2014 r., w wyniku którego ujawniono ponad 100 milionów rekordów klientów.

Dodatkowe artykuły i zasoby

Jeśli chcesz głębiej dowiedzieć się, jak działają te systemy i dlaczego zawodzą, zapoznaj się z następującymi tematami:

  • Jak działa infrastruktura internetowa
  • Jak działają serwery internetowe
  • Jak działa phishing
  • Jak działa spam
  • Jak działają wirusy komputerowe
  • Jak działa kradzież tożsamości
  • Jak działają zapory ogniowe
  • Jak działa szyfrowanie
  • Jak działają systemy biometryczne

Aby uzyskać więcej informacji na temat bezpieczeństwa w Internecie i innych powiązanych tematów, kliknij łącza na następnej stronie.

Inne przydatne linki

  • Ataki hakerów – lustro bloga dotyczącego bezpieczeństwa
  • Zgłaszanie włamań do komputerów, oszustw i innych przestępstw związanych z Internetem
  • Zespół gotowości na wypadek awarii komputerowych Stanów Zjednoczonych (US-CERT)